Ocena wątku:
  • 7 głosów - średnia: 3
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
Hipnoza wykorzystywana jest już od kilku
Hipnoza wykorzystywana jest już od kilku wiekówHipnoza wykorzystywana jest już od kilku wieków (fot. Shutterstock.com)

Nina Harbuz-Karczmarewicz

Adin, dwa, tri... smatri mienia w głaza - mówił do nas Anatolij Kaszpirowski w czasie seansów emitowanych w telewizji. Czitiri, piać, szest... Ludzie twierdzili, że wyleczył ich z nadciśnienia, chorób dermatologicznych, alkoholizmu, a nawet raka. Siem, wosiem, diewiat... Kto dziś korzysta z tej popularności i na hipnozie dobrze zarabia, a kto traktuje ją jako wspierające narzędzie terapeutyczne?
Dostałam zlecenie na napisanie tekstu o hipnozie. Dzwonię do kilku zaprzyjaźnionych psychologów, którzy na propozycję rozmowy na ten temat reagują w wołaczu: o Jezu!, o matko! albo kończą zdanie pytajnikiem: serio, masz o tym pisać...?

Niektórzy wprost mówią, że nie chcą się wypowiadać, bo mają zbyt małą wiedzę w tej dziedzinie albo przytaczają historie swoich pacjentów, opowiadających o doświadczeniach z hipnoterapią, zazwyczaj zupełnie nieskuteczną. Spróbujmy zatem nieco uporządkować wiedzę albo po prostu uzupełnić braki.

Na raz, cofniesz się w czasie...

Jest rok 1766. Wiedeń. Franz Mesmer, syn dworskiego myśliwego, trzydziestodwuletni lekarz, którego kilka wieków później uzna się za prekursora hipnoterapii, publikuje „Rozprawę fizyczno-medyczną o wpływie gwiazd i planet jako sił leczniczych”. Dzięki tej publikacji uzyskuje stopień doktora nauk medycznych Uniwersytetu Wiedeńskiego. Twierdzi, w czym nie jest odosobniony, że ciała niebieskie oddziałują na organizmy za pośrednictwem fluidu nazywanego „magnetyzmem zwierzęcym”. Wierzy, że odczuwany przez pacjenta efekt magnetyzmu w chorych miejscach ciała ma uzdrawiającą moc.

Chętnych na leczenie u Mesmera nie brakuje, ale w 1777 roku wybucha skandal. Bez skutku próbuje przywrócić wzrok niewidomej Marii Teresie von Paradies, śpiewaczce, pianistce i kompozytorce, dla której Mozart skomponował XVIII Koncert fortepianowy B-dur. Fiasko zmusza go do opuszczenia Wiednia i przeprowadzki do Paryża.

Franz Mesmer uważany jest za prekursora hipnoterapii (fot. Rodrigo Elias Cardoso / Wikimedia Commons / public domain)
Franz Mesmer uważany jest za prekursora hipnoterapii (fot. Rodrigo Elias Cardoso / Wikimedia Commons / public domain)
Wynajmuje mieszkanie w dzielnicy zamieszkanej przez możnych i wpływowych, i otwiera prywatną praktykę medyczną. Zaczyna organizować zbiorowe seanse terapeutyczne z żelazną pałeczką i cebrzykiem. Przychodzą na nie tłumy chorych. Ustawiają się w kilku kręgach wokół cebrzyka wypełnionego wodą, tłuczonym szkłem i opiłkami żelaza, pozwalają się omotać linami, których końce mocowane są do naczynia. W pokoju panuje półmrok, a z sąsiedniego pomieszczenia dobiegają głośne akordy fortepianu. Mesmer w jedwabnej, fioletowej szacie przechadza się między chorymi, zatapia w nich wzrok, dotyka schorowanych miejsc i „magnetyzuje” je metalową pałeczką. Seanse przynoszą mu rozgłos i fortunę, ale Mesmer chce czegoś więcej.

Pragnie uznania swoich praktyk przez środowiska akademickie, co nie jest łatwe w epoce oświecenia, kiedy we Francji kwitnie racjonalizm. Niestety, powołana przez Ludwika XVI komisja królewska, w skład której wszedł między innymi Benjamin Franklin (wówczas ambasador Stanów Zjednoczonych we Francji), wraz z pracującą jednocześnie komisją lekarską orzekły, że „nie ma dowodu na istnienie jakiegoś fluidu zwierzęcego”. Odrzucono teorię oraz praktykę mesmeryzmu i zabroniono stosowania jej w leczeniu. Niezastosowanie się do decyzji komisji mogło skutkować utratą tytułu lekarza.

Na dwa, spotkasz Freuda i Allena...

Sto lat później, w ostatnich dziesięcioleciach XIX wieku, badania nad hipnozą, negowane do tej pory przez świat nauki, wsparł swoim autorytetem Jean-Martin Charcot, jeden z najwybitniejszych neurologów ubiegłego stulecia. W hipnozie dopatrzył się neuropatologii. Na specjalnych pokazach w paryskim szpitalu Salpetriere, w którym większość pacjentek stanowiły kobiety zdiagnozowane jako histeryczki, wprowadzał je w stan hipnozy.

Jean-Martin Charcot (fot. autor nieznany / Wikimedia Commons / CC BY 4.0 / bit.ly/1htZ1pk)
Jean-Martin Charcot (fot. autor nieznany / Wikimedia Commons / CC BY 4.0 / bit.ly/1htZ1pk)
Badaniom Charcota przyglądał się jego uczeń Zygmunt Freud. Zauważył podobieństwo uczuć przeżywanych w czasie hipnozy do tych, które pojawiają się w stanie zakochania. Według wczesnych teorii psychoanalitycznych hipnoza jest szczególnym rodzajem zależności, w której hipnotyzer usiłuje przejąć od pacjenta kontrolę nad jego wolą i działaniami. I w tym miejscu zróbmy stop-klatkę.

Jest rok 2001. Na ekrany kin wchodzi film Woody'ego Allena „Klątwa skorpiona”. Reżyser gra w nim postać CW Briggsa, detektywa pracującego w nowojorskiej firmie ubezpieczeniowej. Podczas kolacji w klubie, w którym jednocześnie odbywają się pokazy magii, na hasło Konstantynopol zostaje wprowadzony w głęboki trans hipnotyczny. Daje się prowadzić magowi, publiczność jest zachwycona pokazem, ale hasło Konstantynopol nie traci swojej mocy w kolejnych dniach. Filmowy detektyw za każdym razem, gdy je usłyszy, wpadnie w trans i będzie rabować bogaczy, czego - rzecz jasna - później nie będzie pamiętać. Pytanie, czy to wyłącznie filmowa fikcja, czy tak właśnie działa hipnoza?

Leczenie histerii przy wykorzystaniu hipnozy przez neurologa Jeana-Martina Charcota (fot. Jean-Martin Charcot / Wikimedia Commons / public domain)
Leczenie histerii przy wykorzystaniu hipnozy przez neurologa Jeana-Martina Charcota (fot. Jean-Martin Charcot / Wikimedia Commons / public domain)

Na trzy, poddasz się mojej sugestii...

- Pacjent w hipnozie nie zrobi niczego, na co nie wyraża zgody, co jest sprzeczne z jego przekonaniami - tłumaczy dr Mariusz Mikulski, psychiatra i internista, który włącza hipnozę do swojej praktyki. - Nie da się nikogo zaprogramować, czy zakodować do wykonania jakichś czynności, jeśli nie są one zgodne z wewnętrznym systemem wartości pacjenta.

Potwierdza to Zuzanna Celmer, psychoterapeutka, która ukończyła trzystopniowy kurs hipnozy w Kromieryżu. - Nawet w głębokiej hipnozie jest w nas ośrodek świadomości, kontrolujący sytuację, w której się znajdujemy - mówi. - Miałam kiedyś pacjentkę, której zaproponowałam hipnozę jako element terapii. Świetnie się ją prowadziło, weszła w głęboki trans. Zaczęłam dawać jej sugestie, żeby poczuła się spokojnie i dobrze, jakby kołysały ją kochające ramiona matki. I w tym momencie, ku mojemu zaskoczeniu, otworzyła oczy i usiadła. Okazało się, że całe życie miała fatalne relacje z matką i nigdy nie zaznała „jej kochających ramion”, więc nie mogła się z tym utożsamić, to nie było jej doświadczenie.

Z neurologicznego punktu widzenia hipnoza to rodzaj dobrowolnego wejścia w trans. Psychiatrzy z kolei mówią o stanie zmienionej świadomości, o czymś między snem a jawą. W książce „Mój głos podąży za tobą. Terapeutyczne przypowieści Miltona Ericksona” opisano wyprawę amerykańskiej antropolożki kultury Margaret Mead, jej studentki Jane Belo i brytyjskiego antropologa Gregory'ego Batesona. W 1937 roku wyjechali na wyspę Bali, żeby poznać tamtejsze metody autohipnozy. Okazało się, że tubylcy w drodze na targ mogą wejść w głęboki trans, zrobić zakupy, wrócić i wyjść z tego stanu po powrocie do domu lub pozostać w nim i odwiedzić sąsiada, który nie jest w transie, podczas kiedy oni tkwią w nim nadal. Autohipnoza okazała się być częścią ich codziennego życia.

Podobnych stanów doświadczamy wszyscy. W swego rodzaju transie jesteśmy, kiedy prowadzimy samochód. Nikt, kto od dawna ma prawo jazdy, nie zastanawia się, że trzeba spojrzeć w boczne lusterko, wrzucić jedynkę, dwójkę, nacisnąć pedał gazu, wrzucić trójkę, przyhamować, spojrzeć we wsteczne lusterko. Kiedy idziemy, też nie myślimy o tym, co mają robić nasze nogi. W podobny do hipnozy trans może wprowadzić nas to, co jest powtarzalne, rytmiczne i monotonne. Gra na bębnach. Odmawianie różańca. Światła stroboskopów i muzyka techno. Nudna praca, obniżająca naszą świadomość, powodująca, że człowiek staje się bezwolny. Bycie częścią tłumu prowadzonego przez silnego przywódcę. Jazda pociągiem, gdy dociera do nas stukot kół o szyny.

W podobny do hipnozy trans można wejść dzięki powtarzalnym, rytmicznym czynnościom, np. światłom stroboskopów czy muzyce techno (fot. Groume / bit.ly/1kK4YQB / CC BY-SA 2.0 / bit.ly/1dsePQq)
W podobny do hipnozy trans można nas wprowadzić to, co jest powtarzalne i rytmiczne, np. światła stroboskopów czy muzyka techno (fot. Groume / bit.ly/1kK4YQB / CC BY-SA 2.0 / bit.ly/1dsePQq)

Na cztery, połkniesz placebo...

- Najczęstszą motywacją, żeby zgłosić się do hipnoterapeuty, jest poczucie, że wykorzystało się wszystkie inne dostępne środki terapeutyczne. To moment, żeby sięgnąć do nieświadomości, czyli tych obszarów, których się boimy i z którymi nie chcemy się konfrontować - mówi dr Jakub Sienkiewicz, neurolog i piosenkarz. - Są to najczęściej trudne przeżycia, ukrywane w warunkach pełnej świadomości. Zakopywanie ich może skutkować objawami somatycznymi w postaci nerwicy wegetatywnej lub depresji czy innych zaburzeń nastroju.

Hipnotyzer Michał Cieślakowski twierdzi, że jest w stanie wyprowadzić człowieka z depresji w ciągu kilku spotkań. Ich koszt to 1200 złotych. Na tyle wycenione jest uzdrowienie, które w przypadku depresji można - zdaniem Cieślakowskiego - osiągnąć już po czterech sesjach, a czasem i szybciej. Cieślakowski antydepresanty traktuje jak alkohol, którym chory wyłącznie zapija problem.

Z takim podejściem do leków trudno zgodzić się dr. Sławomirowi Murawcowi, psychiatrze i psychoterapeucie. Powołując się na opublikowane badania stwierdza, że przewlekły stres w sposób fizyczny niszczy nasz mózg oraz uruchamia procesy zapalne w organizmie, analogicznie jak ma to miejsce podczas infekcji bakteryjnej. Między innymi to prowadzi do powstawania objawów depresji w jej biologicznym wymiarze. Leki są w stanie pomóc i odbudować wyniszczony organizm. Doktor zastanawia się także nad możliwością dojścia do źródeł dolegliwości pacjenta w ciągu jednego czy kilku spotkań. O ile to w jakimś stopniu może być dla niego prawdopodobne, o tyle rozwiązanie problemu widzi jako dłużej trwający proces zmian i budowy nowych wzorców zachowań, relacji z innymi i stosunku do samego siebie.

- W to, że klienci hipnoterapeutów bez kwalifikacji medycznych czy psychoterapeutycznych mogą poczuć się lepiej na pewien czas, jestem w stanie uwierzyć - mówi dr Murawiec. - Istnieje wiele postaci depresji, które pozytywnie reagują na podanie placebo, a czasem także na zwykły kontakt czy rozmowę, zainteresowanie problemem. Obecnie współczynnik reakcji na podawanie placebo, czyli substancji bez aktywnych składników leczniczych, wynosi w depresji 40 procent.

Pytam, o czym to świadczy. - O sile oddziaływania relacji z lekarzem, wiary w uzyskanie pomocy i przekonania, że interwencja lekowa okaże się pomocna. Działają mechanizmy samoleczenia - konkluduje dr Murawiec.

Seans hipnozy, Chicago około 1890 roku, ilustracja z książki
Seans hipnozy, Chicago około 1890 roku, ilustracja z książki "Hypnotism, its facts, theories, and related phenomena" (fot. Chicago, Carl Sextus, Wikimedia Commons / no restrictions)

Na pięć, czucie i wiara silniej mówić będą...

Michał Cieślakowski od swoich klientów, którzy są w trakcie leczenia farmakologicznego depresji, wymaga zaświadczenia, że prowadzący ich psychiatra zgadza się na zastosowanie hipnozy. Tak samo jest w przypadku klientów, którzy chcą hipnoterapią leczyć ból. W ten sposób wyklucza ryzyko, że hipnozą złagodzi lub wyeliminuje sygnały organizmu informujące o poważnym schorzeniu. Reszta danych w zasadzie jest nieistotna.

- Jeśli przyszedłby do mnie człowiek i powiedział, że cierpi na jakąś fobię, o której w życiu nie słyszałem, to nadal, bez problemu, mogę z taką osobą pracować - mówi. - Nie interesują mnie medyczne nazwy, ani nawet symptomy. Jedyne, co jest dla mnie ważne, to przyczyna, do której na poziomie świadomym trudno dotrzeć, ale temu właśnie służy hipnoza.

A ściślej tzw. affect bridge, czyli technika, dzięki której powracamy do zapomnianych przeżyć i wspomnień. - W jaki sposób to działa? - pytam dr. Mariusza Mikulskiego. - Wprowadzając pacjenta w trans, dajemy mu możliwość szybszego przeszukania zasobów jego podświadomości i odnalezienia w nich przyczyny problemów - odpowiada. - W klasycznej psychoterapii mogłoby to trwać bardzo długo. A jeśli znajdzie się ktoś, kto odpowie i wyjaśni, w jaki sposób to działa z punktu widzenia czysto biologicznego, co się dzieje wtedy w naszym mózgu, to z pewnością ta osoba otrzyma Nagrodę Nobla.

Jeden z klientów Michała Cieślakowskiego cofnął się w hipnozie do wspomnień z pierwszych dni swojego życia. Udało mu się pamięcią wrócić do szpitalnej sali, w której leżał w inkubatorze. Okazało się, że urządzenie było uszkodzone i dziecko, którym był, o mało nie umarło. Powróciwszy w transie do tego momentu swojego życia miał powiedzieć sobie małemu, żeby się nie bał, że przeżyje, a rodzice o niego zadbają i nie musi czuć się porzucony.

Dzięki technice affect bridge powraca się do zapomnianych przeżyć i wspomnień (fot. Shutterstock.com)
Dzięki technice affect bridge powraca się do zapomnianych przeżyć i wspomnień (fot. Shutterstock.com)
Podobno ćwiczenie podziałało i człowiek ten zaznał ukojenia, niemniej dr Jakub Sienkiewicz podaje to w wątpliwość. - Z punktu widzenia neurofizjologii rozwojowej niemożliwym wydaje się odtworzenie wspomnień pierwszych trzech miesięcy życia z powodu niedojrzałości układu nerwowego - tłumaczy dr Sienkiewicz. - Przykładowo, percepcja wzrokowa niemowląt wykształca się stopniowo. Dzieci tuż po urodzeniu widzą wszystko do góry nogami, ponieważ umiejętność przetwarzania obrazu powstaje na późniejszym etapie rozwoju. Podobnie jest z percepcją słuchową i rozumieniem informacji złożonych. Nie można oczywiście wykluczyć wpływu wydarzeń z okresu noworodkowego i niemowlęcego na późniejszy rozwój emocjonalny człowieka, ale odtworzenie konkretnych zdarzeń wynikających z doświadczeń malutkiego dziecka jest niemożliwe, ponieważ ślad pamięciowy z pierwszego kwartału życia nie zawiera żadnych rozpoznawalnych informacji.

Na sześć, zapomnisz o bólu...

Dr. Mikulskiego zadziwia też, że są hipnotyzerzy, którzy deklarują wsparcie swoim klientom, nie mając żadnej wiedzy psychologicznej czy psychiatrycznej. - Gros osób leczy innych, korzystając wyłącznie z intuicji czy własnego doświadczenia. Wciąż popularne są wróżki i znachorzy, którzy w swoich działaniach pomocowych stosują szereg sugestii hipnotycznych i pohipnotycznych, co czasami może być szkodliwe - tłumaczy. - Pacjent musi być zdiagnozowany, a do tego nie wystarczy nam jego przekaz. To, że choremu wydaje się, że cierpi na jakąś przypadłość, wcale nie musi oznaczać, że tak jest. Żeby to jednak zweryfikować i postawić właściwą diagnozę, potrzebna jest ugruntowana wiedza medyczna i psychologiczna.

Milton Erickson, amerykański psychiatra, prezes i założyciel Amerykańskiego Towarzystwa Hipnozy Klinicznej, został uznany za ojca hipnozy medycznej. To jednak nie on był pierwszym, który wykorzystywał hipnozę jako sposób znieczulenia. Pionierem w tej dziedzinie okrzyknięto Jamesa Esdaile'a, brytyjskiego chirurga, którego metodę wykorzystywano do czasu wynalezienia chloroformu.

Dr Marek Bartkowski, anestezjolog z trzydziestoletnią praktyką, stosujący w swojej pracy hipnoanalgezję, czyli redukowanie bólu za pomocą hipnozy, ubolewa, że w Polsce hipnoanestezja wciąż jest postrzegana jako coś z pogranicza magii i szamanizmu. Tymczasem dobroczynny wpływ hipnozy w medycynie dawno już został udowodniony i z powodzeniem stosowany jest w szpitalach francuskich, belgijskich, angielskich, szwajcarskich, amerykańskich, a także w Chinach i Brazylii. - Jest grupa pacjentów, którzy panicznie boją się znieczulenia i najchętniej uniknęliby narkozy, więc dla nich hipnoza w czasie zabiegu jest idealnym rozwiązaniem. Podobnie jest z bardzo chorymi pacjentami, dla których pełna dawka leku byłaby dodatkowym ryzykiem - wyjaśnia doktor. - W paryskim szpitalu Curie Institute przeprowadzono zabieg mastektomii wyłącznie w znieczuleniu miejscowym połączonym właśnie z hipnozą.

W czasie takiego zabiegu obowiązuje szczególna procedura. Nad drzwiami każdy przeczyta napis: Cisza - hipnoanestezja. Chirurdzy mogą ze sobą rozmawiać, ale nie mogą wydawać żadnych negatywnych opinii, ponieważ pacjent w hipnozie słyszy, co się wokół niego dzieje. Jednocześnie ma zamknięte oczy, myślami przebywa w miejscu, które kojarzy mu się z czymś przyjemnym albo wykonuje w myślach czynność, którą bardzo lubi. Przez cały czas jest w kontakcie z hipnoterapeutą, który prowadzi go przez hipnozę. Słyszy sugestie związane ze zniesieniem czucia bólu. Najważniejsze jednak w zastosowaniu hipnozy przy zabiegach chirurgicznych jest niefarmakologiczne uzyskanie bezstresowego stanu, odprężającego relaksu, w którym wykonywany jest nierzadko poważny, czasem wręcz traumatyzujący dla chorego zabieg.

W medycynie wykorzystuje się hipnozę jako sposób znieczulenia:



Hipnozę można stosować także w czasie porodu. Pacjentka sama wprowadza się w stan relaksu i odprężenia. Nie czuje bólu między skurczami, które zresztą nazywa falą, żeby odepchnąć negatywne skojarzenia zawarte w samym języku. Agata Bolkowiak, instruktorka metody Łagodny Poród, która sama również rodziła w autohipnozie, mówi, że porody jej pacjentek skracają się średnio o 5 godzin. - Im więcej adrenaliny, tym dłużej trwa poród, bo adrenalina hamuje wydzielanie oksytocyny, która jest odpowiedzialna za skurcze. Ograniczając poziom adrenaliny poprzez obniżenie poziomu lęku, w czym pomaga nam hipnoza, skracamy czas porodu - wyjaśnia Bolkowiak.

W wywiadzie udzielonym kilkanaście lat temu „Gazecie Wyborczej” Ewa Woydyłło, psycholog i terapeutka specjalizująca się w pomocy osobom walczącym z uzależnieniami, powiedziała: - Niestety, mam bardzo dużo pacjentów, którzy przechodzili hipnozę, a w końcu przyszli do mnie. Hipnoza nie zmienia niczego w człowieku, a to jest potrzebne przy leczeniu uzależnienia. Hipnoza nie uczy człowieka, co ma robić, kiedy chce mu się pić.

I pewnie to jest argument, żeby skorzystać ze sprawdzonych sposobów leczenia uzależnień. Powinniśmy także skorzystać ze wsparcia wykwalifikowanych terapeutów, kiedy zmagamy się z depresją. Ale jeśli potraktujemy hipnozę jako dodatkowe narzędzie, które nauczy nas wyciszenia, obniżania poziomu stresu, to może warto na nie spojrzeć. Primum non nocere - ani innym, ani sobie.



Polecamy thriller "Hipnotyzer" w reżyserii Lasse Hallstroma



Nina Harbuz-Karczmarewicz. Dziennikarka Polskiego Radia. Reporterka, wydawca, prowadząca. Pytanie o to, „jak żyć?” najchętniej kieruje do psychologów w audycji „Problem z głowy” w radiowej Jedynce. Publikowała w „National Geographic Traveler” i „Magazynie Coaching”. Absolwentka Gender Studies w IBL PAN. Po godzinach, w garażu na Saskiej Kępie, przeprowadza renowację starych mebli. Efekty można oglądać tutaj.

http://weekend.gazeta.pl/weekend/0,0.html

Ten temat zawiera więcej treści.
Aby uzyskać dostęp do reszty treści zaloguj się lub zarejestruj.




Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości